OFIARA PUSTYCH RĄK

Do odczytania w niedzielę 30 października 2022 r.
W ostatnich katechezach poznaliśmy dwa rodzaje duchowych ofiar. Pierwszym z nich
jest ofiara z mojej własnej woli, kiedy ze względu na Jezusa chcę postępować w swoim życiu
tak, jak On tego chce i dlatego świadomie rezygnuję ze swoich rozwiązań niezgodnych z
Ewangelią lub z wolą Boga, choć nieraz dużo mnie to kosztuje. Drugim rodzajem ofiar są
ofiary z mojego życia, kiedy w różnych okolicznościach życia trwam w decyzji: Panie, moje
życie jest Twoje, czyń ze mną to, co chcesz, ufnie się Tobie powierzam, wiem, że jesteś samą
Miłością i dlatego z wielką wiarą przynoszę Ci wszystkie moje problemy, a rozwiązania
zostawiam Tobie.
Dziś chcemy się zająć kolejnym rodzajem ofiar – ofiarami pustych rąk, kiedy mamy
wrażenie, że nie mamy Bogu nic do zaoferowania. Skąd taki pomysł, że możemy nie mieć
Bogu co dać? Otóż, kiedy człowiek rozwija się duchowo, jest wytrwały w modlitwie i poznaje
przez to Boga oraz samego siebie, coraz bardziej zdaje sobie sprawę z bezmiaru Bożej
miłości, a jednocześnie z ogromu swojej nędzy. W naszych sercach rodzi się wtedy pytanie:
Panie Boże, czy ja, Twoje dziecko, mam coś wartościowego, co mogę Ci dać? Przecież
wszystko jest Twoje… Mamy wtedy wrażenie, że stajemy przed Bogiem z pustymi rękami i
nie mamy czym się odpłacić za wszystko, co On nam wyświadcza; że jedyne co mamy do
zaoferowania to nasza nędza, poczucie niegodności oraz bezradność, że nic więcej prócz
szczerych chęci nie możemy dać. Czy taka ofiara może się Bogu podobać?
Odpowiedź brzmi „TAK” i okazuje się, że doświadczenie pustych rąk i naszej nędzy, którą
chcemy ofiarować Bogu w darze, to z perspektywy Boga jeden z najlepszych prezentów.
Przyjrzyjmy się temu bliżej i zastanówmy się, co Bogu może się podobać w takich
prezentach, które dla nas kompletnie nie wydają się prezentami.
Przypomnijmy treść pierwszego błogosławieństwa, które Jezus zostawił nam w
Ewangelii jako szczyt doskonałości chrześcijańskiej. Brzmi ono: „Błogosławieni ubodzy w
duchu, albowiem do nich należy Królestwo Niebieskie” (Mt 5,3). Kto to jest „ubogi w duchu”?
To człowiek, który odkrył, że wszystko ma u Boga, natomiast sam z siebie nie ma nic. Wiemy
już, że nie jest łatwo dojść do takiej postawy, bo po grzechu pierworodnym wciąż zbyt dużo
przypisujemy sobie i czujemy się panami własnego życia. Jeśli przybliżamy się do Boga, to jak
wspomnieliśmy wcześniej, mając więcej światła coraz bardziej odkrywamy Jego dobroć i
naszą nędzę, aż do chodzimy do wniosku, że jedyne co mamy do zaoferowania Mu, to
poczucie własnej słabości, niegodności, nasze grzechy, porażki i upadki.
Takie doświadczenie przeżyła kiedyś siostra Faustyna. W swoim dzienniczku pisała tak: „Pod
koniec pierwszego roku nowicjatu zaczęło się ściemniać w duszy mojej. Nie czuję żadnej
pociechy w modlitwie, rozmyślanie przychodzi mi z wielkim wysiłkiem, lęk zaczyna mnie
ogarniać.
Wchodzę głębiej w siebie i nic nie widzę prócz wielkiej nędzy”.

„Po Komunii św. usłyszałam te słowa: […] Widzisz, czym jesteś sama z siebie, ale nie
przerażaj się tym. Gdybym ci odsłonił całą nędzę, jaką jesteś, umarłabyś z przerażenia.
Jednak wiedz o tym, czym jesteś. Dlatego, że tak wielką nędzą jesteś, odsłoniłem ci całe
morze miłosierdzia mojego”. I dodaje Faustyna: „Bez Ciebie jestem słabością samą, bez łaski
Twojej czym jestem, jak nie otchłanią nędzy mojej. Nędza jest moją własnością”. (Dz 23)
Po tym trudnym i bolesnym odkryciu ludzkiej nędzy jako konsekwencji grzechu
pierworodnego zaskakujące jest to, co Faustyna usłyszała od Jezusa, który dał jej jasne
wskazówki, co myśli o naszej nędzy i co mamy z nią robić. Czytamy w Dzienniczku:
„Dziś powiedział mi Pan: […] Miłosierdziu mojemu nie przeszkadza nędza twoja. Córko moja,
napisz, że im większa nędza, tym większe ma prawo do miłosierdzia mojego. A Jezus rzekł:
Jestem dla ciebie miłosierdziem samym, przeto proszę cię, ofiaruj mi nędzę i tę niemoc swoją,
a ucieszysz tym serce moje” (Dz 1182).
Skoro więc sam Jezus prosi nas, abyśmy ofiarowali Mu naszą nędzę, najlepszą okazją
do tego jest właśnie moment ofiarowania podczas Mszy świętej. Właśnie wtedy możemy
wyznać Bogu: „Panie Jezu! Bez Ciebie jestem nikim i nic nie mam, tylko grzech i nędzę… Ty
znasz mnie lepiej niż ja sam i dlatego widzisz zarówno moje szczere pragnienia pójścia za
Tobą, upadki i słabości. Chciałbym Ci dać więcej, ale tylko na tyle mnie stać. Staje więc przed
Tobą z pustymi rękami i daję Ci do dyspozycji wszystko, co stanowi we mnie moją nędzę.
Wierzę, że gdy uznaję przed Tobą moją niemoc, gdy czuję się słaby i całkowicie zależny od
Ciebie, Ty z radością przyjmujesz moją ofiarę pustych rąk, bo nic nie cieszy Cię tak bardzo jak
moje stanięcie w prawdzie o sobie oraz wiara w to, że Ty mnie kochasz i przyjmujesz
pomimo mojej niedoskonałości. Dlatego z ufnością składam Ci dziś moją nędzę i wierzę, że w
Twoich oczach jest to jeden z najpiękniejszych prezentów, jakie mogę Ci dać.
Jakże hojnie Pan Bóg obdarowuje ludzi, którzy czują się ubodzy w duchu, bo w ich
puste ręce może wtedy włożyć swoje prezenty. Na tym polega właśnie cud Mszy świętej,
która jest miejscem bosko-ludzkiej wymiany. Przychodzimy na nią jako niedoskonali, bez
godnych Boga darów, z całą naszą nędzą. Wystarczy jednak, że damy Jezusowi nasze puste
ręce wypełnione nędzą, a On sam weźmie ją, dając nam w zamian siebie samego w Komunii
Świętej. Włoży w nasze puste ręce swoją miłość, abyśmy mogli kochać Go coraz mocniej. A
ponieważ jest to proces, który może trwać nawet lata, nie rezygnujmy z częstej Eucharystii,
tylko jak najczęściej składajmy Mu naszą nędzę i szczere chęci, otrzymując w zamian dar
doskonały – Jego serce, które stanie się naszym sercem.